9 marca 1912 1912

XIX wiek

Zakonnik-zabójca chciał bezimiennego grobu dla pokuty

9 marca 1912 r. sąd w Piotrkowie skazał paulina o. Damazego Macocha na 12 lat ciężkich robót za zamordowanie własnego krewnego i okradanie klasztoru na Jasnej Górze. Macoch zmarł w więzieniu, odmawiając skorzystania z carskiej amnestii - a jako osobiste życzenie wyrażał chęć spoczywania bezimiennie pod alejką, by uczciwi ludzie deptali po jego mogile - choć na jego nagrobku wyryto w końcu jego imię i słowa: „Ksiądz Damazy Macoch. Wielki grzesznik i wielki pokutnik prosi o modlitwę”.

Macoch razem z dwoma innymi zakonnikami od lat okradał klasztorny skarbczyk, a pieniądze przeznaczał na utrzymanie ukrywanej w Warszawie kochanki, telefonistki Heleny Krzyżanowskiej. Aby chronić jej reputację, wydał ją za swojego słabo zarabiającego krewnego Wacława Macocha, oferując mu w zamian 20 tys. rubli posagu - a gdy Wacław po ślubie zaczął go szantażować, zamordował go siekierą we własnej celi, dobijając konającego „jako kapłan”, po uprzednim udzieleniu mu rozgrzeszenia.

Ciało wywieziono i zatopiono w sofie w rzece Warcie; sprawę rozwikłano dzięki tropowi dorożkarza, który na zlecenie zakonnika przewoził tajemniczy ładunek i którego Macoch po powrocie kazał przysiąc na krzyż milczenie „dla dobra wiary chrześcijańskiej”. W aktach procesu duże wrażenie wywołał też pamiętnik współwinnego o. Izydora Starczewskiego, opisujący jego romanse i pijackie epizody.

Krążyły opinie, że wyrok 12 lat był zbyt niski, bo Macoch wcześniej miał być agentem carskiej policji na Jasnej Górze, co pomogło zatuszować samą kradzież klejnotów z obrazu. Spodziewano się, że skorzysta z amnestii, ale zakonnik przeżył w więzieniu głęboki wstrząs moralny, modlił się i pokutował, chcąc odbyć pełną karę - zmarł na gruźlicę w 1916 r., sam uznając się za niegodnego spoczywać wśród uczciwych ludzi.