13 czerwca 1915 1915

I wojna światowa / Legiony

Chory rotmistrz wstał z łóżka, by nie przegapić szarży, i zginął na jej czele

13 czerwca 1915 r. pod Rokitną 63 ułanów 2. szwadronu II Brygady Legionów Polskich ruszyło do szarży na potrójną linię rosyjskich okopów. Dowódca dywizjonu, 33-letni rtm. Zbigniew Dunin-Wąsowicz, chory z gorączką, uciekł z łóżka, by stanąć na czele swoich ludzi - i zginął, śmiertelnie trafiony, lecz jeszcze ręką dał podkomendnym znak, by pędzili dalej.

Gdy dowiedział się o szykującej się szarży, przybył do oddziału ze słowami: „Nie szarżowaliście jeszcze, a bałem się, że się spóźnię; toteż, choć jeszcze zdrów zupełnie nie jestem, wróciłem, bom się zanadto za wami stęsknił”. Wyznaczył do ataku tylko siebie i 63 ludzi, a przed rzeczką Rokitnianką zawołał: „Dla polskiej kawalerii nie ma przeszkody!” i jako pierwszy wskoczył w wodę.

Szarża - prowadzona wobec braku wsparcia piechoty, do którego miało dojść wedle planu, lecz rozkaz nie dotarł na czas - wpadła do trzeciej linii rosyjskich okopów, mimo gęstniejącego ognia karabinów maszynowych. Dunin-Wąsowicz zginął, gdy padła jego klacz „Chochla”; ostatnią fazę walki przejął por. Jerzy Topór-Kisielnicki, który po złamaniu szabli i utracie konia walczył pistoletem, aż zakłuto go bagnetami. Spośród 63 uczestników 18 zginęło, a tylko kilku pozostało zdolnych do dalszej walki.

Autor artykułu zestawia Rokitną z szarżą polskich szwoleżerów pod Somosierrą w 1808 r. - 107 lat wcześniej, przy podobnej liczebności i czasie trwania ataku. Różnica była jednak operacyjna: pod Somosierrą Polacy otworzyli Napoleonowi drogę do Madrytu, a pod Rokitną Rosjanie utrzymali ostatnią linię obrony. Po wojnie pamięć o Rokitnej była w Polsce pomijana, w przeciwieństwie do Somosierry, niesłusznie uznanej za symbol bezsensownej brawury.