ZSRS
Strażaków wezwano do Czarnobyla jak do zwykłego pożaru
26 kwietnia 1986 r. eksplodował reaktor nr 4 Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Pierwsi strażacy, wśród nich Wasilij Ignatienko, zostali wezwani jak do zwykłego pożaru - bez informacji o promieniowaniu i bez brezentowych skafandrów ochronnych, w samych koszulach, i kopniakami strącali z dachu gorący grafit.
Wasilij Ignatienko, strażak mieszkający w Prypeci, brał udział w gaszeniu dachu i usuwaniu gorącego grafitu, po czym z objawami ostrej choroby popromiennej trafił do specjalistycznej kliniki nr 6 w Moskwie. Jego będąca w ciąży żona Ludmiła towarzyszyła mu podczas agonii - po porodzie straciła też dziecko. Jej świadectwo spisała Swietłana Aleksijewicz w „Czarnobylskiej modlitwie”.
Do usuwania skażenia władze skierowały ogromną liczbę żołnierzy, rezerwistów, robotników i chłopów nazywanych „likwidatorami” - według przytoczonego w artykule szacunku Serhija Plokhy’ego było ich około 600 tys. Wielu nie miało właściwych dozymetrów i nie znało otrzymywanych dawek.
Fotoreporter Igor Kostin, dokumentujący akcję, opisywał skrajnie nierównomierny rozkład promieniowania zależny od pogody - w jednym miejscu mierzył 500 rentgenów, a kilka metrów dalej zaledwie kilka; godzina przy poziomie 500 rentgenów oznaczała statystycznie dawkę śmiertelną. Przytacza też słowa strażaka Arkadija Filina, który pod propagandowym hasłem „reaktor został pokonany” pytał z goryczą, kogo właściwie mieli zwyciężyć - atom, przyrodę czy wszechświat.